- Fioletowe karmelki.
Hasło wydawało mu się nieco dziwne, ale nie jedno takie słyszał podczas szóstego roku, gdy odwiedzał gabinet ówczesnego dyrektora. Posąg chimery zaczął się powoli odsuwać odsłaniając tym samym spiralne schody prowadzące w górę. Przepuścił Hermionę, na co ona zarumieniła się bardziej. Powoli wspinali się na górę. Ron wyglądał jakby miał za chwilę zwymiotować. Było to oczywiście zrozumiałe, w końcu szli na pogrzeb jego brata. Stali przez chwilę w milczeniu przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu. Nieskazitelną ciszę zakłócały jedynie ich ciężkie oddechy. Ron w końcu odważył się wyciągnąć rękę w kierunku drzwi. Drgał mocno i poruszał się niespokojnie. Ramię zawisło mu tuż przed drewnianą powłoką drzwi. Spuścił wzrok i powiedział łamiącym się głosem:
- Wcale nie chcę tam iść.
Harry położył mu rękę na ramieniu próbując podzielić się z nim całym jego bólem poprzez dotyk. Poskutkowało jako tako, gdyż przestał dygotać.
- Będzie dobrze - powiedział spokojnie Harry łapiąc powietrze - Po prostu, miejmy już to za sobą.
Ron przytaknął, wciąż nie podnosząc wzroku i zapukał trzy razy. Żadnego "proszę", ani "wejść". Drzwi otworzyły się same z hukiem odsłaniając wnętrze gabinetu.
Wiele się tu nie zmieniło. Poznikały dziwne przyrządy Dumbledor'a, ściany zyskały nowy liliowy kolor, a wiszące na nich portrety były wypolerowane na wysoki połysk. Klatka Fawenksa stała teraz pusta, jednak czysta. Za biurkiem siedziała profesor McGonagall pisząca coś na kawałku pergaminu. Bez słowa dała znać ręką, tym samym wpuszczając uczniów do środka. Zakłopotani podeszli do biurka.
- Tu macie adres i dokładne instrukcje jak macie wejść do sekcji czarodziei - powiedziała podając Harry'emu pergamin na którym jeszcze niedawno skrobała piórem.
- Sekcja? Czyli cmentarz jest...
- Jest połączony z cmentarzem mugolskim - dokończyła za Harry'ego McGonagall - Skoro już wszystko wyjaśnione, możecie się już tam teleportować.
Ruszyli gęsiego w stronę kominka na którym stała mała gliniana miska z proszkiem Fiuu. Hermiona pierwsza weszła do kominka nabierając garść proszku. Harry pokazał jej kawałek pergaminu z adresem.
- A, i panno Granger - przerwała teleportację McGonagall, która teraz zerkała na Hermionę uśmiechając się - Wyglądasz przepięknie.
Hermiona zarumieniona i uśmiechnięta rzuciła proszek pod nogi krzycząc:
- Na cmentarz przy Karczmarskiej.
Zawirowała i Harry oglądał jak pięknie wystylizowana Hermiona znika w kłębach zielonego dymu.
***
Stanął ciężko na chodniku rozglądając się wokoło. Dzielnica wyglądała na zaniedbaną. Przed nim stała duża żelazna brama, gdzieniegdzie widać było rdzę. Po prawej i lewej stronie otaczał do żywopłot wysoki na jakieś dwa metry. Już dawno stracił kolor, teraz przybrał kolor zgniłej zieleni, a w niektórych miejscach nawet brązu. Ron i Hermiona już stali przed bramą, więc szybko zerwał się z miejsca i znalazł się tuż przy nich. Dopiero teraz zauważył małą budkę, z której wyszedł właśnie chudy starzec z siwymi lokami. Popatrzył na Harry'ego uważnie i uniósł jedną brew jakby na coś czekał.
- Och - wzdychną Harry, wyją z kieszeni pergamin i powiedział odchrząkając przed tym - Jak się pan dziś miewa? Ciśnienie w porządku?
Dość dziwny poziom komunikowania się. Pomyślał Harry chowając wiadomość.
- Mogło być lepsze, gdyby nie nargle.
I wszystko stało się jasne w jednej chwili. Harry zrozumiał, że ów mężczyzna musiał również czytać Żąglera. Odszedł powoli mrugając do trójki jakby na pożegnanie. Wszedł z powrotem do budki, wyją różdżkę i wypowiedział niewyraźnie jakieś zaklęcie. Raptem wszystko wokół odmłodniało. Wyblakła brama odzyskała swój kolor i zniknęła z niej rdza. Żywopłot podniósł się nieznacznie i pozieleniał, zrzucając przy tym stare liście. Starzec wychylił głowę z budki i odkrzyknął:
- Reszta już czeka!
- A mugole? Nie widzą nas? - zaniepokoił się Harry.
- Spokojnie Harry Potterze! O to już się nie martw! - zdążył jeszcze krzyknąć i jego budka zniknęła.
Przeszli przez bramę i znaleźli się w małej alejce wzdłóż której rosły krzaczki. Wszędzie było pełno grobów i pomników z ruszającymi się zdjęciami zmarłych. Głównie byli to starcy śmiejący się z wnukami na kolanach, ale zdażali się też młodzi ludzie w otoczeniu rodziny. Na nagrobkach wygrawerowane były złote napisy z imieniem i nazwiskiem zmarłego, oraz data śmierci i urodzin. Co jakiś czas znikały i pojawiały się słowa od rodziny typu "Zawsze w naszych sercach", lub "Nigdy nie zapomnimy".
Alejki miały liczne rozwidlenia przy których stała tabliczka z pierwszą literą nazwiska, od A do Z. Szli stopniowo przyśpieszając kroku, aż dotarli do tabliczki z literą "W". Skręcili w prawo szukając nagrobka z odpowiednim nazwiskiem. Walley. Wabby. Weall. Już z oddali było widać Weasley'ów oglądających nagrobek. Przed nim był wykopany dół na głębokość dwóch metrów. W końcu dotarli do nich. Harry uściskał zapłakaną Panią Weasley, która starała się za wszelką cenę powstrzymać łzy i chlipanie. Zza jej pleców zauważył Rona, który nie mogąc się już dłużej powstrzymać wybuchł donośnym płaczem. George uścisnął go mocno, łzy płynęły z jego oczu strumieniami. Pani Weasley w końcu musiała go puścić, więc Harry odszedł, by wesprzeć resztę. Tak spędzili pięć minut; płacząc innym w ramię. W końcu zauważyli dwóch mężczyzn niosących ciemną trumnę. Ni stąd ni z owąd zaczęła grać muzyka żałobna. Harry uważnie śledził ich wzrokiem, mając wrażenie, że skądś ich zna. Szli z pochylonymi głowami w ciemnych okularach. Podeszli do dołu i złożyli trumnę do środka. Wyjęli różdżki z kieszeni i jednym machnięciem przysypali młodego Freda Weasley'a świeżą ziemią. Na nagrobku pojawił się napis "Tu spoczywa Fred Weasley, młody, poległy w słusznej walce o lepszą przyszłość". Obok widniało zdjęcie Freda z całą rodziną, a także Harry'm i Hermoną. Poczuł jak łzy nachodzą mu do oczu. Pozwolił im płynąć, bo przecież to pogrzeb, tu należy płakać. Usłyszał szelest z lewej strony, ktoś staną przy nim i teraz chwytał go za rękę. Poczuł zapach pergaminu i skoszonej trawy. Nagle do jego uszu dobiegł stłumiony krzyk Pani Weasley. Podniósł wzrok i zobaczył nowy napis na nagrobku. Po reakcji zgromadzonych wywnioskował, że nie miało go tu być.
"Droga Molly, czuwam nad Fredem tak jak ty czuwałaś nad Harry'm przez te wszystkie lata ~Lilly". Harry'ego, aż zatkało. Napis znowu się zmienił. Jego matka zmieniła napis, by im coś przekazać, to nieuniknione. Spojrzał na Hermionę całą we łzach, uśmiechnęła się do niego, a on do niej.
***
Stali tak wsłuchując się coraz bardziej w melodię, która brzmiała im w uszach. Ksiądz pojawił się niedawno i teraz święcił grób Freda, wymawiając modlitwy. Harry mimowolnie spojrzał na mężczyzn niosących wcześniej trumnę. Stali teraz z boku nie zawadzając nikomu. Jednak było w nich coś dziwnego, ale nie potrafił określić co. Oddychali w równym tempie, wolno i z całą siłą. Nagle muzyka żałobna przestała grać, co wprawiło w zamęt zgromadzonych. Kręcili się niespokojnie, zadając pytania na które nikt nie znał odpowiedzi.
Mężczyźni zaczęli powoli ściągać okulary z nosów. Harry momentalnie ich rozpoznał. To byli śmierciożercy, którzy napadli jego i Hermionę w lesie.
- Harry? - usłyszał szept Hermiony.
Obserwował ich dalej czując, jak niepokój w nim wzrasta. Schowali okulary do kieszeni marynarki patrząc się gdzieś w przestrzeń. Wyjęli różdżki za pazuchy i powoli wymierzyli nimi w zgromadzonych.
- Padnij! - krzyknął na całe gardło.
Obią Hermionę ramieniem i pociągną w dół. Zaklęcia gwizdały dookoła. Wzrok przeniósł na księdza, który nie zdążył zareagować na krzyk Harry'ego i padł martwy. Zza innych grobów wyskoczyli nowi śmierciożercy i celowali w nich różdżkami wykrzykując przeróżne zaklęcia. Wszyscy przerażeni wyjęli różdżki i zaczęła się prawdziwa potyczka na cmentarzu. Harry również przyłączył się do walki i trafił zaklęciem oszałamiającym jednego ze śmierciożerców. Nadal jednak pozostało ich wielu. Zastanawiał się czy dobrze robi, wszczynając bójkę na cmentarzu, gdzie wszyscy jednak powinni być poważni. Nie miał jednak czasu na zbyt długie myśli. Wystrzeliwał zaklęcia w coraz to nowych przeciwników. Gdy już większość z nich padła oszołomiona, podniósł się z ziemi i wystrzelił do ostatniego przeciwnika, który padł jak długi na ziemię. Reszta także wstała rozglądając się, po pobojowisku, które niegdyś było cmentarzem. Na szczęście, żaden z grobów nie został uszkodzony.
- Śmierciożercy - powiedział spokojnie Artur Weasley szturchając butem jednego z nich.
- Co oni robili na cmentarzu?- zapytał Harry.
- Szukali ciebie. To jasne - powiedział Pan Weasley - Harry, to, że Voldemort zginą to nie znaczy, że jesteśmy bezpieczni w stu procentach. Jego wysłannicy wciąż są wśród nas i pragną pomścić swego Pana.
Harry nie mógł w to uwierzyć. Być może ci mało znani śmierciożercy ukrywają się wśród nas. W Ministerstwie, w lasach, a może nawet w Hogwarcie. Kto go tam wie. Zorientował się, że nadal obejmuję ramieniem zdezorientowaną i speszoną Hermionę. Szybko cofną rękę i podrapał się w kark.
- Musicie stąd uciekać i to jak najszybciej - powiedział Bill, którego wcześniej nie zauważył - Najlepiej do Hogsmeade, a stamtąd zaraz do Hogwartu.
- A co będzie z nim? - zastanawiał się Ron wskazując na martwego księdza.
- O to już się nie martw, zabierzemy go stąd jak najszybciej się da.
Harry podszedł z Hermioną do Rona i na trzy cztery złapali się za ręce teleportując do Hogsmeade. Cała trójka przeczuwała, że to nie będzie spokojna noc.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Finaly! Na reszcie! Skończony kolejny, osiemnasty rozdział! Tym razem dodałam soundtracki byście się mogli lepiej wczuć w klimat ;) Oczywiście znów przepraszam, że tak długo czekaliście, ale ja mam już ferie zatem postaram się pisać częściej i dłużej :D
