- ... Każdy ci powtarzał, że to brednie - mówił Ron śmiejąc się.
- Wiem, powinnam was słuchać. Ale nie ma tego złego! Przynajmniej już nie gadam jak opętana i już prawie nikt nie nazywa mnie Pomyluną! - cieszyła się Luna.
Wybałuszył oczy ze zdziwienia; czy oni mówią o Żąglerze? Przypomniał sobie tamtą Lunę, która gadała non stop o różnych niestworzonych stworach i roślinach o których dowiedziała się dzięki gazecie jej ojca. Teraz już jej nie było. Jak ohydna i oślizgła gąsienica przechodzi przemianę i zmienia się w pięknego motyla, tak ona, z Pomyluny w Lunę Lovegood.
Tylko oby przeżyła więcej niż tydzień - pomyślał Harry.
Wszedł przez otwarte drzwi do Wielkiej Sali i zajął miejsce przy stole Gryfonów. Do stołu podbiegł zadyszany i lekko czerwony Ron.
- Sorry stary, byłem... Ten... - zaczął drapać się po głowie kręcąc stopą w miejscu - U McGonagall! Taa... Wezwała mnie, by mi... Podziękować czy coś...
- Dobra! Siadaj i zamknij się w końcu, bo się jeszcze zmęczysz - przerwał tą żałosną wypowiedź.
Czy on serio zamierza kłamać? Nie chciał się tym zamęczać, już i tak za dużo myśli kłębiło się w jego głowie. Ron przysiadł się szybko do Harry'ego i nałożył sobie dużą porcję ziemniaków z koperkiem i kotlet schabowy. Po pewnym czasie dołączyła do nich Hermiona. Tylko zdążyła się przywitać i na jej głowę spadł najnowszy numer Proroka Codziennego. Lekko zażenowana usiadła i zajęła się czytaniem. Harry uniósł wzrok w górę i zobaczył chmarę sów zrzucających przesyłki i listy. Coś ukuło go w sercu gdy zobaczył białą sowę podobną do Hedwigi, z taką różnicą, że ta sowa miała czarną plamę pod brzuchem. Przypomniała mu się tragiczna śmierć jego sowy. Szybko oderwał wzrok od ptaków i zajął się jedzeniem. Usłyszał głośne chrząknięcie Rona, szybko odwrócił głowę w jego kierunku.
- Stary... Masz - podał mu list na którym było kilka kropel łez zamazujących nieco tekst - Czytaj na głos.
Ton Rona wyraźnie brzmiał smutno. Harry domyślił się, że nie będzie tam nic wesołego.
- Drogi Ronie, Harry i Hermiono. Chciałabym was powiadomić o pogrzebie Freda, który odbędzie się w ten weekend. Profesor McGonagall pozwoliła użyć wam i Ginny kominka do teleportacji. Stawiamy się na cmentarzu o 14. Molly. - tu list się kończył.
Podniósł wzrok i wtedy ujżał roztrzęsioną Hermionę, która trzymała w jednej ręce Proroka a w drugiej kawałek szaty. Podała mu bez słowa gazetę i wskazała odpowiedni artykuł. Czy mogło być coś gorszego? Zadał sobie to pytanie po czym przeczytał:
- Nie wiem jak mogło się to stać - mówi świeży Minister - Zleciłem obronę więźniów najlepszym aurorom jacy mieszkają w Brytanii. Grupy zwiadowcze przeszukują uważnie teren niedaleko Azkabanu. Mamy nadzieję na jak najszybsze schwytanie zbiegów.
- Czy te ucieczki mają coś wspólnego z osobą o której ostatnio jest głośniej niż kiedykolwiek? - pyta redaktor naczelna Reeta Skeeter.
- Tak, myślę, że to ma na celu znalezienie i zabicie Harry'ego Potter'a. Na jego życzenie możemy załatwić mu profesjonalną ochronę.
Czy Harry Potter, słynny zabójca Tego Którego Imienia Nadal Nie Można Wymawiać jest bezpieczny? Z tajnych źródeł wiadomo, że wrócił do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, by dokończyć siódmy rok nauki wraz z przyjaciółmi. Jednak czy zapewniana tam ochrona zdoła zatrzymać takich opryszków jak Fenrir Greyback? Więc powtórzę zatem pytanie: Czy Harry Potter jest bezpieczny? O tym już w następnym wydaniu Proroka Codziennego. Dla państwa Reeta Skeeter.
Dlaczego Reeta Skeeter nadal pracuję dla Proroka? Jak Fenrir zwiał z Azkabanu? Dlaczego czuję się winny śmierci Freda? Czuł się jak we śnie. W kolejnym koszmarze, który nie daje mu spać. Jednak czy się wybudzi? Nie. Harry był pewien, że to wszystko jest jawą, choć tak bardzo pragną być we śnie.
- Idę na lekcję - rzucił odsuwając od siebie talerz.
- Ale prawie nic nie zjadłeś! - zawołał za nim Ron.
- Nie jestem głodny - mrukną.
- Au!
- Moja noga!
- Co jest?
Ujrzał ponad głowami fioletowy czubek kapelusza. Był coraz bliżej, jednak twarz właściciela nakrycia zasłaniały zdziwione i sfrustrowane twarze uczniów. W końcu ostatnie osoby rozstąpiły się odkrywając przy tym pomarszczoną twarz Aberford'a Dumbledor'a. Miał więcej zmarszczek niż wcześniej, pod jego oczyma widać było zapadnięte fałdy fioletowawej skóry. Broda sięgała mu już pasa i zakończona była pętelką. Włosy miał co najmniej dwa razy krótsze niż kiedy go zobaczył po raz pierwszy. Miał na sobie fioletową szatę w ciapki i duży kapelusz tego samego koloru. Jego twarz wyrażała obojętność, tak jakby zmuszono go, by tu uczył. Nieco rozweselił się widząc zdziwione twarze Harry'ego i Hermiony. Próbował się nawet uśmiechnąć, co niekoniecznie mu wyszło. Na twarzy miał teraz coś na pograniczu obrzydzenia i grymasu.
- Potter i Granger. Cóż za niespodzianka. A gdzie ten wasz koleżka... Jak mu tam... Rodney.
- Ron, profesorze - poprawiła go spokojnie Hermiona - Nie wiemy, gdzie się podział. Od obiadu trudno..
- Oszczędź nam referatów Granger - przerwał jej zażenowany próbując włożyć klucz do dziurki - A niech by to!
- Pozwoli profesor, że pomogę - powiedział jakiś uczeń za Harry'm, jednak w tym samym momencie rozległo się kliknięcie i profesor wszedł do klasy bez słowa.
Reszta zrobiła to samo i zajęła miejsca. Harry usiadł w środkowym rzędzie za Hermioną i Ginny, wciąż bez Rona u boku. Aberford usiadł za biurkiem i wyjął z niego starą zakurzoną skrzynkę w której coś szamotało i wierciło się niespokojnie.
- Bogin nieprawdaż? - zapytał Harry opierając się wygodnie.
- Brawa za błyskotliwość Potter. Macie te 5 punktów - rzekł obojętnie.
Po sali rozległy się zadowolone głosy. Harry trochę rozweselał.
- W tej skrzynce, jak już wspomniał Potter znajduje się Bogin. Co to Bogin oczywiście wiecie, więc nie będę was zanudzał. Słyszałem, że część z was opanowało już zaklęcie Patronusa, zatem proszę te osoby o powstanie z ławki i ustawienie się obok mnie - wskazał miejsce po jego prawej stronie.
Hermiona pierwsza wyskoczyła z ławki i podeszła do nauczyciela. Harry przez chwilę się zastanawiał, po czym także wstał. Oprócz Harry'ego i Hermiony powstali Neville, Seamus, Dean, Ginny i kilku innych Gryfonów z Gwardii. Pozostali byli trochę zawstydzeni i onieśmieleni.
- Dobrze, stoicie w kolejce, tak? Tak. Zaraz wypuszczę Bogina, on zmieni się w dementora, a wy wyczarujecie Patronusa bla bla bla - mówił stawiając skrzynkę przed Hermioną, która stała na przedzie kolejki - Gotowi? Granger przygotuj się.
Hermiona wciągnęła powietrze nosem po czym przytaknęła. Wieko skrzynki otworzyło się i wyskoczył z niej dementor. Jego głowa przykryta kapturem skierowana była w stronę Hermiony, reszta kolejki gwałtownie ruszyła do tyłu. Stała przez chwilę ściskając różdżkę w ręku po czym krzyknęła:
- Expecto Patronum!
Srebrna wydra wyskoczyła z jej różdżki i poszybowała w stronę dementora, który natychmiast wrócił do skrzyni. Wydra zatoczyła jeszcze kółko wokół Hermiony, a następnie rozpłynęła się w powietrzu.
- Świetnie Granger - pochwalił ją trochę oschle profesor - Następny!
Następni byli kolejno: Seamus, Neville i Ginny, aż przyszła jego kolej.
- Potter, skoncentruj się - powiedział Aberford przytrzymując skrzynkę.
Harry wyobraził sobie Hermionę, Rona i jego siedzących pod drzewem, śmiejących się głośno. Dementor wyłonił się z ciemnego dna skrzynki i popędził w jego stronę. Nagle wspomnienie Harry'ego zmieniło się zupełnie; stał w jakimś lesie, w ręku trzymał różdżkę, a dookoła niego leżały martwe ciała. Nie rozpoznawał twarzy, jednak domyślał się kto zabił. Spojrzał na swoje ręce, były całe umazane krwią. Nagle wrócił na jawę. On. Dementor. Patronus.
- Expecto... - ręka w której trzymał różdżkę trzęsła mu się strasznie, choć wiedział, że nie miał na niej krwi nadal ją widział - Ex... Expecto...
Dementor pędził na niego z niewyobrażalną prędkością. Przewrócił się i w pozycji siedzącej zaczął jak najszybciej oddalać. Był już tak blisko, że widział go z bliska. Pod kapturem ujrzał twarz Voldemorta.
- Ja już swoje zrobiłem - śmiał się ohydnie.
Harry miał na twarzy przerażenie, wiedział o co mu chodziło. Zabił większość osób na których mu zależało. Połowicznie wypełnił swoją misję. Nagle dementor rozpłynął się zostawiając za sobą czarny dym, który natychmiast wrócił do skrzynki. Aberford zatrzasnął wieko i tyle było po nim. Ujrzał srebrną wydrę zataczającą pętle w powietrzu i Hermionę klękającą przy nim.
- J-jesteś cała? - zdążył wydusić, po czym wszystko stało się zamazane.

